piątek, 19 grudnia 2014

Niby nic, a tak to się zaczęło

Rok 1980 - czas zamierzchły, peerelowski kicz, prawie równouprawnienie w dostępie do wszelakich dóbr. Tych krajowych, bo o wyjazdach turystyczno - handlowych za granicę mowy nie było. Raz, że o paszport było trudno, a dwa - trzeba było najpierw wykupić w PKO tak zwaną książeczkę walutową (po urzędowych cenach). Co prawda zarabiałem całkiem przyzwoite pieniądze na etacie w firmie państwowej, ale kto miał wówczas czas i zdrowie, by chcieć starać się o paszport!

Przeważył nawyk, a raczej zamiłowanie do czynnego wypoczynku. Nawet w dzieciństwie najbardziej lubiłem lekcje wuefu, mimo że miałem je z bardzo wymagającym i ostro karcącym nauczycielem, pseudo "łysy". Ale to właśnie dzięki łysemu rozwinąłem się wszechstronnie i w konkurencjach lekkiej atletyki przeważnie nie miałem sobie równych w klasie. Jedynie w skoku wzwyż nie byłem w stanie przeskoczyć swojego niewielkiego zresztą wzrostu.

Szedłem właśnie do kościoła, kiedy na wprost mnie zatrzymał się autobus. Wyskoczyło z niego dwóch kumpli z firmy i wciągnęli mnie do środka. Jechali ekipą z zakładu pracy na tzw. masowy bieg do Wielenia. To był pierwszy bieg im. Józefa Nojiego, byłego olimpijczyka, biegacza długodystansowego pochodzącego z Pęckowa.

Dotychczas startowałem w spartakiadach szkolnych i powiatowych. Biegałem też rekreacyjnie i raczej okazjonalnie po pracy - po 12 - 20 kilometrów. Ale żeby wziąć udział w biegu długodystansowym na 21 km w upalny sierpniowy dzień? 

Pozwolili mi tylko wziąć strój biegacza: popularne w tym okresie "pepegi", podkoszulek na ramiączkach w obowiązkowym w kolorze białym i spodenki gimnastyczne.

I ruszyliśmy w piątkę, bo tylu zawodników stanowiło zespół, by można było powalczyć o nagrodę dla najlepszej drużyny.

Upał był niemiłosierny, zawodników na starcie około setki a trasa wyłącznie asfaltowa w odkrytym terenie. Tylko miejscami można było znaleźć cień pod przydrożnymi drzewami. Zbawienne okazały się fontanny z węży strażackich.
Do połowy dystansu wytrzymałem niemalże z "marszu". Od 20-go kilometra zaczęły się marszobiegi. Przestałem kogokolwiek wyprzedzać; obejrzałem nawet plecy Pana Henryka Brauna z Poznania, który jak się potem okazało był najstarszym uczestnikiem biegu (biegał do 93. roku życia a zmarł mając 97 lat).


Do bramy stadionu ledwo się doczłapałem i tuż przed nią padłem ścięty przez gwałtowny skurcz obu łydek. Efekt braku przygotowania do takiego biegu, o rozsądku już nie wspomnę. Owszem, karetka z sanitariuszami pojawiła się prawie natychmiast, ale pojemniki z azotem były puste. 
I właśnie w tym momencie zjawił się nade mną Pan Braun.
Siłą postawił mnie na obie nogi i rozkazał biec jeszcze 400m po bieżni stadionu aż do mety nie zważając na ból. Tak też zrobiłem. O bólu zapomniałem, gdy usłyszałem przez głośniki swoje nazwisko i brawa kibiców. Bieg ukończyłem i to nie na ostatnim miejscu. Wynik wprawdzie niezbyt rewelacyjny, bo 2:45:30, ale biorąc pod uwagę mój debiut - było zupełnie przyzwoicie. Nagrodą był ogromny dyplom z wypisanym imieniem i nazwiskiem oraz wynikiem biegu, proporczyk z herbem Wielenia oraz okolicznościowa plakietka, a na niej trasa biegu i pamiętna data: 3 sierpnia 1980 r.  Po biegu jeszcze nigdy nie smakował mi tak bardzo wypalony papieros.
Po wielu latach (34), kiedy to piszę mogę się śmiać z siebie - nie palę już dwa lata i dwa miesiące!


Najtrudniejsze były dwa tygodnie po biegu. Tak zwane zakwasy dawały znać o sobie najbardziej przy chodzeniu po schodach. Komicznie musiało wyglądać schodzenie ze schodów w moim wykonaniu. Kiedy jednak zebrałem się w sobie zaopatrzony w podręcznik do nauki prawidłowego biegania dystansów - ruszyłem do lasu.

Bieganie po ścieżkach i leśnych duktach sprawiało mi największą frajdę. Urozmaicałem je wieloskokami, rzucaniem napotkanymi kamieniami, przeskakiwaniem przez naturalne przeszkody, podciąganiem się na gałęziach drzew. Czułem się wolnym, robiłem to, co chciałem i lubiłem - nikt mnie do niczego nie zmuszał. I co było w tym wszystkim dziwne i najciekawsze - ból odczuwany podczas treningu sprawiał mi przyjemność! I tak już zostało.


Nie  przypuszczałem wtedy, że będzie to początek mojej przygody z biegami długodystansowymi.
Miałem oczywiście przerwy, najdłuższa wynosiła nawet kilkanaście lat, ale o tym w następnym blogu.

 

2 komentarze:

  1. świetne wspomnienia! piękny debiut, spontaniczny i szalony. że mało rozsądny? zdarza się:) Twoja historia pokazuje, że bieganie uzależnia (dobrze, że to pozytywny nałóg;) ) i nie daje o sobie zapomnieć, nawet pomimo przerw (nawet dużych ). Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak rzeczywiście było. Teraz już mnie raczej nie stać na podobne szaleństwa. Z wiekiem stajemy się bardziej rozsądni, kierujemy się przede wszystkim doświadczeniem, roztropnością - czyli postępujemy racjonalnie.
      Ale przygoda z bieganiem trwa nadal, mimo wypadku, jaki mi się przydarzył.
      Pozdrawiam i życzę pogody :-)

      Usuń