Dawno zamieściłem ostatni post. Zebrało mi się na przemyślenia.
Być może to, co napiszę, będzie truizmem, ale niech tam. Żyjemy w tempie, które nie służy naszemu samopoczuciu. Wpływa ono niekorzystnie na nasze zdrowie.
Korzystamy z wielu dobrodziejstw nowych technologii i osiągnięć techniki ułatwiających nam wykonywanie codziennych czynności. Powinno być nam lżej, a tak naprawdę to ciągle jesteśmy zagonieni i zmęczeni. Wydawałoby się, że zastępujący nas w wielu obowiązkach sprzęt pozwoli zaoszczędzić czas, ale tak się nie dzieje. Wielu z nas pyta: dlaczego?
Pierwsza rzecz, to organizacja dnia.
Wieczorem, kiedy jesteśmy wyciszeni, możemy opracować wspólnie (w rodzinie) zarys planu następnego dnia i tygodnia. Nie musi to być dokładna rozpiska co do minuty. Należy uwzględnić potrzeby i możliwości wszystkich domowników. I najważniejsze - dokładny podział obowiązków. Wzajemne uzupełnianie się i pomaganie sobie, częste wyręczanie w obowiązkach domowych rodzi dobrą więź emocjonalną i korzystnie wpływa na nasze zdrowie i kondycję psychiczną. Oczywiście nie wszystko da się zaplanować do samego końca. To zrozumiałe. Wskazane jest miejsce na tak zwany spontan.
Ważne przy tym jest, by ilość i ciężar obowiązków dostosować do wieku i predyspozycji każdego z nas. Popełnimy poważny błąd, gdy zauroczeni zdolnościami naszej pociechy, dla jej "uszczęśliwienia" wypełnimy jej dzień przeróżnymi zajęciami dodatkowymi. Wszystko powinny odbywać się w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem.
Harmonijny rozwój nie jest równoznaczny z nadmiarem zajęć, zainteresowań i obowiązków. To przede wszystkim realizacja wszystkich naszych potrzeb życiowych. Tych podstawowych i tych wyższych.
Nie zapominajmy, by każdy dzień był wypełniony zarówno obowiązkami (również tymi przykrymi), jak i przyjemnościami. Wyraźnie należy podzielić czas na pracę, naukę, realizację zainteresowań, hobby i wypoczynek.
Druga rzecz, to nasza aktywność psychoruchowa.
Jedną z najbardziej naturalnych naszych potrzeb jest ruch. Pod każdą postacią. Jedni wybiorą gry i zabawy na świeżym powietrzu, inni wolą pobiegać ze swoim czteronożnym pupilem. Nie zabraknie też amatorów spaceru, marszu, nordic walking, slow joggingu, jazdy rowerem czy pływania. Wszyscy doświadczamy, że w ostatnich latach wzrosła nasza świadomość zdrowotna. Stąd też ogromne rzesze biegaczy, chodziarzy i rowerzystów. Masowe biegi i rajdy cieszą się dużą popularnością. Nikogo już nie dziwią sylwetki biegaczy w parkach, lasach i na ścieżkach spacerowych.
Ostatnio zawrotną karierę robią też masowe tańce na placach i rynkach naszych miast. To dobry trend. Ruch i aktywność to pierwsza zasada zdrowego stylu życia. Druga - to systematyczność.
Nie wystarczy poćwiczyć lub poruszać się od czasu do czasu. I nie zrobimy tego na zapas. Dbanie o nasze zdrowie odbywa się codziennie i zawsze.
Formę aktywności ruchowej powinno się dostosować do wieku, predyspozycji i możliwości zdrowotnych. Indywidualnie również dobieramy natężenie i objętość treningu. Fachowcy oceniają, że dla poprawienia zdrowia i kondycji wystarczy godzina umiarkowanego wysiłku fizycznego najlepiej na świeżym powietrzu 3-4 razy w tygodniu. Ze swojego doświadczenia dodam, że ruch jest dobry dla każdego i najlepiej, gdy odbywa się codziennie. Oczywiste jest, że powinniśmy zadbać o systematyczną kontrolę lekarską stanu naszego zdrowia, by wykluczyć ewentualne przeciwwskazania do uprawiania danej aktywności. A debiutantom radzę pierwsze treningi przeprowadzić pod okiem dobrego i doświadczonego instruktora.
Trzecia rzecz, to marnotrawienie czasu.
Namawiam do opuszczenia kanap, foteli i innych niewygodnych dla naszego kręgosłupa miejsc przed telewizorem. Do jak najkrótszego i sporadycznego przesiadywania w barach i ogródkach piwnych.
Czas pomyśleć o sobie i swoich najbliższych i wyjść w teren - na ścieżki rowerowo-biegowe, do lasów i parków. I zacząć się ruszać w sposób naturalny i radosny. Przestaną nas denerwować gadające głowy z ekranów. Nie marnujmy danego nam czasu, spożytkujmy go należycie. Po kilku tygodniach systematycznego ruchu w otoczeniu przyrody poczujemy przypływ endorfin. Czas spędzony na aktywności fizycznej możemy dodatkowo wypełnić naszymi przemyśleniami. Kontakt z przyrodą czyni cuda. Wszystko powoli zaczyna być łatwiejsze, prostsze i bardziej przyjazne. Nabierzemy dystansu do samego siebie i swoich słabości. Poczujemy siłę i moc naszego organizmu. Życie nabierze innych, cieplejszych barw, umysł stanie się bardziej otwarty na rozwiązywanie problemów. A my sami otworzymy się na drugiego człowieka. Staniemy się lepsi i wrażliwsi. A to już pierwsze kroki do raju :).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 czerwca 2015
środa, 6 maja 2015
Nie wystartuję w zawodach biegowych ...
Jest diagnoza ortopedy.
Prawdę mówiąc, to od miesięcy takiej diagnozy się spodziewałem. I jednocześnie obawiałem, bo jednak bieganie lubię najbardziej. Mam pełną świadomość, że nic na siłę. Zdrowy rozsądek (jest inny?) podpowiada, że powinienem powoli przyswajać sobie myśl, że już nie pobiegnę w żadnych zawodach!
No bo niby jak? Bez treningu i przygotowania, jak 35 lat temu? Nie w moim wieku i nie z takim bagażem doświadczenia.
Powie ktoś: przestań chłopie użalać się nad sobą, jest wiele dyscyplin mniej urazowych, ciekawych i bardziej bezpiecznych od biegania, jak choćby i szachy. Tak, to prawda. Kiedyś (w szkole średniej) byłem nawet niezły w te "klocki", a raczej figury. Brałem też udział w zawodach i z dumą wspominam kilka partii rozegranych z mistrzami Wielkopolski w tamtych latach. Szczególnie z Ferdynandem Dziedzicem, Janem Jaworskim i Ireną Krawiec - uczestniczką igrzysk olimpijskich w Berlinie.
Dawno temu grałem w szachy i jakoś nie udało się zaszczepić tego bakcyla nikomu w mojej rodzinie.
Ktoś inny (równie rozsądny) doda: są przecież modne ostatnio uniwersytety trzeciego wieku. Tam można dać upust swoim pasjom i niespełnionym ambicjom.
Można się i wykazać i być użytecznym dla "swojej" generacji. Tak, to prawda - nie przeczę. Jest to nawet możliwe i być może nie wykluczone.
Zostało jeszcze kilka dyscyplin (sportowych), które lubię i mogę z moim "kalectwem" uprawiać. Mam na myśli rzecz jasna jazdę rowerem, pływanie i nordic walking. Zimą natomiast mogę bez żadnych (tak sądzę) przeszkód uprawiać narciarstwo biegowe.
Mieszkamy przy samym lesie i nie brakuje nam tras biegowych. Byle tylko śniegu nie zabrakło.
Przyszła mi na myśl jeszcze jedna dyscyplina: rolki, a w zasadzie to łyżworolki. Są jednak zdecydowanie bardziej wyczerpujące od nart. I chyba zbyt mocno obciążają staw biodrowy. A ten niestety muszę już do końca oszczędzać. W przeciwnym razie czeka mnie endoproteza stawu biodrowego. Tym bardziej, że po operacji zespolenia prawa noga jest krótsza o 2 cm!
Przy okazji nasuwa się refleksja: skąd sportowiec amator ma czerpać wiedzę na temat powikłań zdrowotnych związanych z uprawianiem różnych dyscyplin. Przecież nie z internetowego forum! Wiedza ortopedy traumatologa jest też nieco zawężona, a dostęp do lekarza sportowego - ortopedy jest bardzo ograniczony. Podobnie rzecz się ma z fizjoterapeutami (wie coś na ten temat nasza znana mistrzyni Justyna Kowalczyk). Pozostaje więc mieć ograniczone zaufanie do opinii lekarskich i pilnie wsłuchiwać się we własny organizm. On prawdę ci powie. Oczywiście nie należy też zapominać o nauce, na którą nigdy nie jest za późno. Ważne też, by dzielić się opiniami z innymi sportowcami-amatorami. Możliwości nie brakuje.
Póki co biorę leki, smaruję żelem nogę od kolana aż po biodro i wracam na nasze leśne ścieżki. W maju to sama przyjemność przebywać wśród świeżej zieleni, gdzie w przestrzeni unoszą się cudowne zapachy a wokół słychać radosne śpiewanie ptaków.
A na szlaku zawsze można spotkać kogoś miłego i sympatycznego, kto się uśmiechnie i serdecznie pozdrowi.
wtorek, 21 kwietnia 2015
Moje spotkania z górami - Barania Góra
Bieg na Baranią Górę
Był rok 1977, druga połowa września. Dziś prawie po trzydziestu ośmiu latach miło wspomina się tamtą cudowną, prawdziwie polską jesień.
Były to moje pierwsze wczasy (kolonii dziecięcych nie liczę). Z terminem wstrzeliłem się najlepiej jak mogłem. A i miejsce wybrałem wspaniałe. Wisła - Głębce. Dzisiaj znane jako rodzinne miasto Adama Małysza. Wówczas tylko państwo Małyszowie wiedzieli, że za około dwa miesiące przyjdzie na świat ich dziecko. Prawdopodobnie nie wiedzieli, że to będzie syn, a już na pewno nie przypuszczali, że po latach zostanie jednym z najlepszych skoczków narciarskich na świecie.
Do dzisiaj mam ogromny sentyment do Wisły, Beskidu Śląskiego i Baraniej Góry.
W tamtych czasach podróżowało się głównie koleją.
Bez problemów dotarłem wraz ze swoim tatą (to jego zabrałem na te wczasy) do celu. Już na miejscu kupiliśmy kilka map turystycznych i plan Wisły i okolic.
Miałem ze sobą oczywiście aparat fotograficzny marki Smiena 8 i kolorowy film do robienia slajdów.
Bodaj największym naszym przeżyciem była jazda koleją linową na Czantorię.
Ale główna atrakcja dopiero na mnie czekała. Wybraliśmy się z samego rana z zamiarem zwiedzania okolic. Dotarliśmy do rozlewiska - sztucznego jeziora spiętrzającego wody Białej i Czarnej Wisełki. Już sama zapora robi wrażenie. Budowano ją około trzy lata (1972r.). Stanowi główne zabezpieczenie wody dla licznych pensjonatów i hoteli.
Niebieskim szlakiem na Baranią Górę można wejść w około 2,5 godziny. Ale mając 25 lat i kozacki charakter oraz odpowiednie buty na nogach zrobiłem to dokładnie w 45 minut. Po drodze mijałem wielu turystów. Szli pojedynczo i małymi grupkami. Nie było jednak takiego, który by biegł. Droga powrotna zajęła mi nieco ponad pół godziny. Tata oczywiście nie zaryzykował i czekał na mnie na dole przy parkingu.
Zamieszczone obok zdjęcie pochodzi już z obecnych czasów. Wówczas na miejscu wieży widokowej stał kamienny obelisk, pod którym zakopałem symboliczną złotówkę.
To po to, by kiedyś tu wrócić.
Byłem pewny, że tu zawitam ponownie. To miejsce mnie urzekło. Wspaniały klimat, kontakt z naturą i prawdziwa wolność na szlaku. To jest to właśnie, co lubię. I chciałem, aby tym bakcylem zostali zarażeni moi najbliżsi.
Pokonanie dystansu na Baranią i z powrotem było dla mnie czymś naturalnym, poczułem jakbym się do tego narodził, by biegać i chodzić po górach.
To był wyczyn, który nigdy nie został powtórzony.
Zapewne dlatego, że w tamtych latach była moda na rodzinne wyjazdy nad Bałtyk. Poza tym nad morze mamy do pokonania niespełna 170 km, ale żeby wybrać się w góry musimy przejechać około 400.
Dopiero po dwudziestu trzech latach, w 2000 roku wybraliśmy się całą obecną rodziną dokładnie w to samo miejsce. Na spotkanie z najpopularniejszym sportowcem Polski - Adamem Małyszem. Mieliśmy nawet okazję zamienić z nim kilka słów. Córka była wprost wniebowzięta.
Powody tej wyprawy były dwa. Pierwszy: zrealizować marzenie córki i zdobyć "na żywo" autograf Adama Małysza. Drugi: miałem już po dziurki w nosie rokroczne wyjazdy nad morze, chociaż każdego lata jechaliśmy w inne miejsce nad Bałtykiem. Tym razem udało mi się przekonać rodzinę do pierwszej wspólnej wyprawy w góry.
Zaproponowałem marsz na Baranią Górę niemal identyczną trasą, jaką biegłem przed laty. Wspinaczka na szczyt w upalny lipcowy dzień była niezłą szkołą, szczególnie dla naszej 9-letniej wówczas córki.
To były nasze najlepsze wspólne wakacje. Mamy nagrany film i zrobione kilkadziesiąt zdjęć w wersji analogowej. Często do nich wracamy, by razem powspominać tamte chwile.
Dzisiaj wiem, że góry pokochał nasz syn. Od wielu lat urlop spędza tylko w górach. Jest nimi zwyczajnie zafascynowany.
czwartek, 9 kwietnia 2015
Szczytowanie w szczycie sezonu
Zbliża się szczyt sezonu wiosennego a wraz z nim nadzieja wielu biegaczy na udany start w ich biegu głównym. Dla wielu będzie to debiut, ale dla większości okazja, by poprawić wynik, czyli osiągnąć tak zwaną życiówkę.
Zastanówmy się wspólnie, czy warto za wszelką cenę dążyć do poprawiania rekordów. Tak na poważnie.
Nasz świat jest tak urządzony, że najlepiej się "czuje" w harmonii. Jednak postęp wymusza wyścig (nie tylko szczurów).
Każdy, kto zastanawia się nad swoim życiem i przyszłością przyzna, że nic tak nie dezorganizuje dnia, jak niezałatwione sprawy, nasze troski i zmartwienia, choroba (brak dobrego zdrowia), zmagania z przeciwnościami losu i ciągły pośpiech. Gonitwa za wszystkim jest teraz wszechobecna. Żyjemy pod każdym względem szybciej. Ale czy to znaczy, że lepiej? Niekoniecznie.
Pośpiech jest źródłem stresu. Każdy stres powoduje w dłuższej perspektywie wiele chorób somatycznych. A biegamy - przynajmniej wielu z nas tak deklaruje - dla odreagowania, by pozbyć się skutków stresu.
Jednak w wielu przypadkach już samo podejście do biegania, a zwłaszcza do udziału w zawodach wywołuje sytuacje stresowe. Uważam, że warto się nad tym zastanowić i bardziej racjonalnie podejść do naszego dobrostanu, jakim jest zdrowie. Bo biegamy przecież dla własnego zdrowia, czyż nie?
Mam za sobą spore doświadczenie startowe. Udział w zawodach masowych pozwala na doskonałą obserwację i przegląd rozmaitych zachowań. Jesteśmy różni od siebie i ta różnorodność jest widoczna jak na dłoni w czasie startów w biegach długodystansowych. To prawdziwy teatr wielu aktorów, a raczej osobowości, bo przecież mało który z zawodników odgrywa swoją rolę niczym aktor na scenie. Zdecydowana większość z nas jest w czasie zawodów sobą - ze swoimi zaletami i słabościami. Wysiłek, ból, cierpienie, ale też i radość, zadowolenie i empatia wyzwala w nas różne emocje. Są biegacze, którzy całą trasę od startu do mety przebiegną w całkowitej izolacji od świata zewnętrznego. Zapatrzeni w jeden cel, który nazywa się "zwycięstwo". Wygrać, być pierwszym na mecie!
Nie oceniam negatywnie takiego zachowania, czy raczej podejścia do startu.
Ambicja, zdolności, trud i wysiłek włożony w systematyczny trening są nagradzane na mecie właśnie. Takich mamy jednak niewielu. To są liderzy i oni podczas większości zawodów stanowią elitę, a dla wielu wzór do naśladowania.
Są też tacy, którzy od startu do mety biegną lub czasem też idą w grupkach stanowiących oryginalne, rozbawione i roześmiane towarzystwo. Wydaje się, że żyją bezproblemowo a do startu w zawodach mają luzackie podejście. Biegną na wesoło, dla swojej przyjemności i miłego spędzenia czasu. Żyją bezstresowo, a raczej potrafią radzić sobie ze stresem. Traktują bieganie nie tyle z przymrużeniem oka, co w sposób bardzo racjonalny. Bo bieganie, to ruch. A ruch to naturalna potrzeba człowieka. Jak oddychanie, czy jedzenie.
Uważam, że takie podejście jest zdrowe, bo przecież o zdrowie głównie tutaj chodzi. A przy okazji taki nastrój udziela się innym, zwłaszcza kibicom.
To doskonały przykład, jak powiązać przyjemne z pożytecznym.
W tym miejscu zwrócę uwagę na istotny fakt: takie podejście i zachowanie nie może być powodem czyjegoś zgorszenia. Czyli wszystko zgodnie z zasadami dobrego zachowania. Nie przeszkadzać innym.
Zdecydowana większość startujących to tak zwani amatorzy z prawdziwie zawodowym zacięciem, podchodzący do treningów w sposób fachowy i zorganizowany. Dbający o harmonijny rozwój ducha i ciała. Nie widać u nich pośpiechu w ruchach ani ekscytacji i pełnego skupienia myśli na twarzy. Myśli o zwycięstwie. Dla tych ważny jest sam udział w zawodach. A przy okazji dobrze byłoby pokusić się o dobry wynik. Może nawet o swoją życiówkę.
Nie za wszelką cenę. To właśnie tacy uśmiechną się do rywala, zamienią z nim kilka słów, służą często dobrą radą. Z takimi warto się zaprzyjaźnić.
Podziwiam ten piękny, lekki krok. Wydaje się, że nie jest aż tak szybki i dynamiczny, ale przy próbie dotrzymania kroku okazuje się, jaki jest skuteczny w pokonywaniu dystansu. Miękko i z gracją - zdaje się, że bez większego wysiłku. Ale to tylko pozory. By móc zaprezentować taki krok na zawodach wcześniej wykonana była mądra, dobrze zorganizowana i systematyczna praca.
To nie na zawodach tworzy się swoją formę, szybkość, moc i wytrzymałość.
Te wszystkie cechy buduje się na codziennych treningach.
Harmonijny rozwój to nie tylko dbałość o siebie, to także - a może przede wszystkim troska o swoich najbliższych. Bo w swoim bieganiu nie możemy się zapamiętywać, myśleć tylko o sobie. Jesteśmy wszak istotami społecznymi.
Byłoby wręcz idealnie przekonać pozostałych członków naszej rodziny do wspólnego uprawiania sportu, do codziennego ruchu i przebywania na łonie natury.
Zostawmy więc wyścigi szczurom. Nam wystarczy od czasu do czasu wziąć udział we współzawodnictwie, które dla każdego z nas będzie dobrym sprawdzianem i potwierdzeniem właściwego podejścia do życia. Bo rywalizacja służy też naszemu rozwojowi.
Zastanówmy się wspólnie, czy warto za wszelką cenę dążyć do poprawiania rekordów. Tak na poważnie.
Nasz świat jest tak urządzony, że najlepiej się "czuje" w harmonii. Jednak postęp wymusza wyścig (nie tylko szczurów).
Każdy, kto zastanawia się nad swoim życiem i przyszłością przyzna, że nic tak nie dezorganizuje dnia, jak niezałatwione sprawy, nasze troski i zmartwienia, choroba (brak dobrego zdrowia), zmagania z przeciwnościami losu i ciągły pośpiech. Gonitwa za wszystkim jest teraz wszechobecna. Żyjemy pod każdym względem szybciej. Ale czy to znaczy, że lepiej? Niekoniecznie.
Pośpiech jest źródłem stresu. Każdy stres powoduje w dłuższej perspektywie wiele chorób somatycznych. A biegamy - przynajmniej wielu z nas tak deklaruje - dla odreagowania, by pozbyć się skutków stresu.
Jednak w wielu przypadkach już samo podejście do biegania, a zwłaszcza do udziału w zawodach wywołuje sytuacje stresowe. Uważam, że warto się nad tym zastanowić i bardziej racjonalnie podejść do naszego dobrostanu, jakim jest zdrowie. Bo biegamy przecież dla własnego zdrowia, czyż nie?
Mam za sobą spore doświadczenie startowe. Udział w zawodach masowych pozwala na doskonałą obserwację i przegląd rozmaitych zachowań. Jesteśmy różni od siebie i ta różnorodność jest widoczna jak na dłoni w czasie startów w biegach długodystansowych. To prawdziwy teatr wielu aktorów, a raczej osobowości, bo przecież mało który z zawodników odgrywa swoją rolę niczym aktor na scenie. Zdecydowana większość z nas jest w czasie zawodów sobą - ze swoimi zaletami i słabościami. Wysiłek, ból, cierpienie, ale też i radość, zadowolenie i empatia wyzwala w nas różne emocje. Są biegacze, którzy całą trasę od startu do mety przebiegną w całkowitej izolacji od świata zewnętrznego. Zapatrzeni w jeden cel, który nazywa się "zwycięstwo". Wygrać, być pierwszym na mecie!
Nie oceniam negatywnie takiego zachowania, czy raczej podejścia do startu.
Ambicja, zdolności, trud i wysiłek włożony w systematyczny trening są nagradzane na mecie właśnie. Takich mamy jednak niewielu. To są liderzy i oni podczas większości zawodów stanowią elitę, a dla wielu wzór do naśladowania.
Są też tacy, którzy od startu do mety biegną lub czasem też idą w grupkach stanowiących oryginalne, rozbawione i roześmiane towarzystwo. Wydaje się, że żyją bezproblemowo a do startu w zawodach mają luzackie podejście. Biegną na wesoło, dla swojej przyjemności i miłego spędzenia czasu. Żyją bezstresowo, a raczej potrafią radzić sobie ze stresem. Traktują bieganie nie tyle z przymrużeniem oka, co w sposób bardzo racjonalny. Bo bieganie, to ruch. A ruch to naturalna potrzeba człowieka. Jak oddychanie, czy jedzenie.
Uważam, że takie podejście jest zdrowe, bo przecież o zdrowie głównie tutaj chodzi. A przy okazji taki nastrój udziela się innym, zwłaszcza kibicom.
To doskonały przykład, jak powiązać przyjemne z pożytecznym.
W tym miejscu zwrócę uwagę na istotny fakt: takie podejście i zachowanie nie może być powodem czyjegoś zgorszenia. Czyli wszystko zgodnie z zasadami dobrego zachowania. Nie przeszkadzać innym.
Zdecydowana większość startujących to tak zwani amatorzy z prawdziwie zawodowym zacięciem, podchodzący do treningów w sposób fachowy i zorganizowany. Dbający o harmonijny rozwój ducha i ciała. Nie widać u nich pośpiechu w ruchach ani ekscytacji i pełnego skupienia myśli na twarzy. Myśli o zwycięstwie. Dla tych ważny jest sam udział w zawodach. A przy okazji dobrze byłoby pokusić się o dobry wynik. Może nawet o swoją życiówkę.
Nie za wszelką cenę. To właśnie tacy uśmiechną się do rywala, zamienią z nim kilka słów, służą często dobrą radą. Z takimi warto się zaprzyjaźnić.
Podziwiam ten piękny, lekki krok. Wydaje się, że nie jest aż tak szybki i dynamiczny, ale przy próbie dotrzymania kroku okazuje się, jaki jest skuteczny w pokonywaniu dystansu. Miękko i z gracją - zdaje się, że bez większego wysiłku. Ale to tylko pozory. By móc zaprezentować taki krok na zawodach wcześniej wykonana była mądra, dobrze zorganizowana i systematyczna praca.
To nie na zawodach tworzy się swoją formę, szybkość, moc i wytrzymałość.
Te wszystkie cechy buduje się na codziennych treningach.
Harmonijny rozwój to nie tylko dbałość o siebie, to także - a może przede wszystkim troska o swoich najbliższych. Bo w swoim bieganiu nie możemy się zapamiętywać, myśleć tylko o sobie. Jesteśmy wszak istotami społecznymi.
Byłoby wręcz idealnie przekonać pozostałych członków naszej rodziny do wspólnego uprawiania sportu, do codziennego ruchu i przebywania na łonie natury.
Zostawmy więc wyścigi szczurom. Nam wystarczy od czasu do czasu wziąć udział we współzawodnictwie, które dla każdego z nas będzie dobrym sprawdzianem i potwierdzeniem właściwego podejścia do życia. Bo rywalizacja służy też naszemu rozwojowi.
sobota, 4 kwietnia 2015
Jaki marzec? Niby wiosenny, ale nie do końca.
Pogoda w marcu raczej nie rozpieszczała. Wprawdzie sprzętowo jestem przygotowany na każde warunki, ale pod względem mentalnym bywa różnie. A do tego doszły niespodzianki z moim nowym barometrem, czyli osobistą prawą nogą. Od pewnego czasu odczuwam ból na kilka godzin przed załamaniem pogody. Mogę zatem z jednodniowym wyprzedzeniem zapowiadać pogodę. Sprawdzalność moich prognoz nie jest gorsza od tych medialnych. Pod koniec marca, a w zasadzie jego ostatni tydzień spędziłem na wiosennych pracach w ogrodzie i wizytach u lekarzy. Coś zaczęło się dziać z moim gwoździem tytanowym umieszczonym w kanale szpikowym kości udowej. W naszych warunkach na wizytę u ortopedy muszę poczekać do maja. Do tego czasu zdążę zrobić niezbędne badania.
Tak więc z bieganiem mam na razie "spokój". Został tylko rower, bo nawet z kijami nie mogę się ruszyć. Ból jest silniejszy ode mnie. A na blokadę nie dam się namówić. Na leki przeciwbólowe również. Chcę poznać jego przyczynę i ją usunąć.
Pomimo tych zawirowań ze zdrowiem miałem w marcu 15 dni aktywnych. Na rowerze spędziłem ponad 6 godzin przejeżdżając niecałe 90 km. Z kijkami przemierzyłem ponad 50 km leśnymi drogami w ciągu 10 godzin.
Każdy trening zaczynam rozgrzewką kończąc go niezbędnym rozciąganiem mięśni. Bo to podstawowa zasada dobrego treningu i elementarz sportowca. Do tego dochodzi zbilansowana i urozmaicona dieta bogata w węglowodany, witaminy i sole mineralne oraz odpowiednie nawadnianie organizmu w ciągu całego dnia. Posiłki są w mniejszych porcjach, ich częstotliwość natomiast to 2,5 - 3 godziny. Nie należy też zapominać o białku (jaja, nabiał, ryby, drób).
W mojej diecie nie ma alkoholu (pod żadną postacią) i napojów gazowanych. Od trzydziestu miesięcy nie palę papierosów i nie mam problemów z zadyszką.
Lubię za to słodycze i często sięgam po nie. Wiem, że to błąd. Ale tutaj usprawiedliwiam się dużą dawką endorfin, jakie otrzymuję po spożyciu mojej ulubionej gorzkiej czekolady. Nie ukrywam, że od opuszczenia szpitalnego oddziału rehabilitacji przybyło mi małe co nieco. Przyznaję jednak, że od kiedy systematycznie trenuję waga ustabilizowała się i strzałka na wadze nie idzie już w prawo. Kiedy zwiększę objętość i przede wszystkim intensywność treningów na pewno tendencja będzie prawidłowa. Teraz mam plan - chcę zrzucić 8 kilo. Zakładam że do końca roku zrealizuję go. Wytrwałości i zapału nie powinno mi zabraknąć.
Szukałem w wielu miejscach i nie natrafiłem na informacje, jak należy zacząć trening biegowy po złamaniu przezkrętarzowym. Lekarze są bardzo sceptyczni, a może nie chcą brać na siebie odpowiedzialności i odradzają mi uprawianie sportów biegowych. Zalecają jedynie gimnastykę i spacery. O rowerze mówią lakonicznie: tylko w ramach rehabilitacji mięśni i stawów. O wyczynie nie ma mowy. No cóż, oni mają wiedzę i doświadczenie medyczne. Ja znam swój organizm i staram się weń wnikliwie wsłuchiwać. Na razie spotkałem się ze zdecydowanym oporem z jego strony (organizmu). Nie daję za wygraną i wierzę, że z pomocą opatrzności bożej i medycyny wrócę do ulubionego biegania.
Na razie w kalendarzu wiosna a za oknem sypie gęstą krupą - to grad niczym biała kasza gryczana. A u sąsiada po trawniku spaceruje dumnie bocian od czasu do czasu wbijając długi, czerwony dziób w trawę. Pospieszył się nieco.
Tak więc z bieganiem mam na razie "spokój". Został tylko rower, bo nawet z kijami nie mogę się ruszyć. Ból jest silniejszy ode mnie. A na blokadę nie dam się namówić. Na leki przeciwbólowe również. Chcę poznać jego przyczynę i ją usunąć.
Pomimo tych zawirowań ze zdrowiem miałem w marcu 15 dni aktywnych. Na rowerze spędziłem ponad 6 godzin przejeżdżając niecałe 90 km. Z kijkami przemierzyłem ponad 50 km leśnymi drogami w ciągu 10 godzin.
Każdy trening zaczynam rozgrzewką kończąc go niezbędnym rozciąganiem mięśni. Bo to podstawowa zasada dobrego treningu i elementarz sportowca. Do tego dochodzi zbilansowana i urozmaicona dieta bogata w węglowodany, witaminy i sole mineralne oraz odpowiednie nawadnianie organizmu w ciągu całego dnia. Posiłki są w mniejszych porcjach, ich częstotliwość natomiast to 2,5 - 3 godziny. Nie należy też zapominać o białku (jaja, nabiał, ryby, drób).
W mojej diecie nie ma alkoholu (pod żadną postacią) i napojów gazowanych. Od trzydziestu miesięcy nie palę papierosów i nie mam problemów z zadyszką.
Lubię za to słodycze i często sięgam po nie. Wiem, że to błąd. Ale tutaj usprawiedliwiam się dużą dawką endorfin, jakie otrzymuję po spożyciu mojej ulubionej gorzkiej czekolady. Nie ukrywam, że od opuszczenia szpitalnego oddziału rehabilitacji przybyło mi małe co nieco. Przyznaję jednak, że od kiedy systematycznie trenuję waga ustabilizowała się i strzałka na wadze nie idzie już w prawo. Kiedy zwiększę objętość i przede wszystkim intensywność treningów na pewno tendencja będzie prawidłowa. Teraz mam plan - chcę zrzucić 8 kilo. Zakładam że do końca roku zrealizuję go. Wytrwałości i zapału nie powinno mi zabraknąć.
Szukałem w wielu miejscach i nie natrafiłem na informacje, jak należy zacząć trening biegowy po złamaniu przezkrętarzowym. Lekarze są bardzo sceptyczni, a może nie chcą brać na siebie odpowiedzialności i odradzają mi uprawianie sportów biegowych. Zalecają jedynie gimnastykę i spacery. O rowerze mówią lakonicznie: tylko w ramach rehabilitacji mięśni i stawów. O wyczynie nie ma mowy. No cóż, oni mają wiedzę i doświadczenie medyczne. Ja znam swój organizm i staram się weń wnikliwie wsłuchiwać. Na razie spotkałem się ze zdecydowanym oporem z jego strony (organizmu). Nie daję za wygraną i wierzę, że z pomocą opatrzności bożej i medycyny wrócę do ulubionego biegania.
Na razie w kalendarzu wiosna a za oknem sypie gęstą krupą - to grad niczym biała kasza gryczana. A u sąsiada po trawniku spaceruje dumnie bocian od czasu do czasu wbijając długi, czerwony dziób w trawę. Pospieszył się nieco.
piątek, 19 grudnia 2014
Niby nic, a tak to się zaczęło
Rok 1980 - czas zamierzchły, peerelowski kicz, prawie równouprawnienie w dostępie do wszelakich dóbr. Tych krajowych, bo o wyjazdach turystyczno - handlowych za granicę mowy nie było. Raz, że o paszport było trudno, a dwa - trzeba było najpierw wykupić w PKO tak zwaną książeczkę walutową (po urzędowych cenach). Co prawda zarabiałem całkiem przyzwoite pieniądze na etacie w firmie państwowej, ale kto miał wówczas czas i zdrowie, by chcieć starać się o paszport!
Przeważył nawyk, a raczej zamiłowanie do czynnego wypoczynku. Nawet w dzieciństwie najbardziej lubiłem lekcje wuefu, mimo że miałem je z bardzo wymagającym i ostro karcącym nauczycielem, pseudo "łysy". Ale to właśnie dzięki łysemu rozwinąłem się wszechstronnie i w konkurencjach lekkiej atletyki przeważnie nie miałem sobie równych w klasie. Jedynie w skoku wzwyż nie byłem w stanie przeskoczyć swojego niewielkiego zresztą wzrostu.
Szedłem właśnie do kościoła, kiedy na wprost mnie zatrzymał się autobus. Wyskoczyło z niego dwóch kumpli z firmy i wciągnęli mnie do środka. Jechali ekipą z zakładu pracy na tzw. masowy bieg do Wielenia. To był pierwszy bieg im. Józefa Nojiego, byłego olimpijczyka, biegacza długodystansowego pochodzącego z Pęckowa.
Dotychczas startowałem w spartakiadach szkolnych i powiatowych. Biegałem też rekreacyjnie i raczej okazjonalnie po pracy - po 12 - 20 kilometrów. Ale żeby wziąć udział w biegu długodystansowym na 21 km w upalny sierpniowy dzień?
Pozwolili mi tylko wziąć strój biegacza: popularne w tym okresie "pepegi", podkoszulek na ramiączkach w obowiązkowym w kolorze białym i spodenki gimnastyczne.
I ruszyliśmy w piątkę, bo tylu zawodników stanowiło zespół, by można było powalczyć o nagrodę dla najlepszej drużyny.
Upał był niemiłosierny, zawodników na starcie około setki a trasa wyłącznie asfaltowa w odkrytym terenie. Tylko miejscami można było znaleźć cień pod przydrożnymi drzewami. Zbawienne okazały się fontanny z węży strażackich.
Do połowy dystansu wytrzymałem niemalże z "marszu". Od 20-go kilometra zaczęły się marszobiegi. Przestałem kogokolwiek wyprzedzać; obejrzałem nawet plecy Pana Henryka Brauna z Poznania, który jak się potem okazało był najstarszym uczestnikiem biegu (biegał do 93. roku życia a zmarł mając 97 lat).
Do bramy stadionu ledwo się doczłapałem i tuż przed nią padłem ścięty przez gwałtowny skurcz obu łydek. Efekt braku przygotowania do takiego biegu, o rozsądku już nie wspomnę. Owszem, karetka z sanitariuszami pojawiła się prawie natychmiast, ale pojemniki z azotem były puste.
I właśnie w tym momencie zjawił się nade mną Pan Braun.
Siłą postawił mnie na obie nogi i rozkazał biec jeszcze 400m po bieżni stadionu aż do mety nie zważając na ból. Tak też zrobiłem. O bólu zapomniałem, gdy usłyszałem przez głośniki swoje nazwisko i brawa kibiców. Bieg ukończyłem i to nie na ostatnim miejscu. Wynik wprawdzie niezbyt rewelacyjny, bo 2:45:30, ale biorąc pod uwagę mój debiut - było zupełnie przyzwoicie. Nagrodą był ogromny dyplom z wypisanym imieniem i nazwiskiem oraz wynikiem biegu, proporczyk z herbem Wielenia oraz okolicznościowa plakietka, a na niej trasa biegu i pamiętna data: 3 sierpnia 1980 r. Po biegu jeszcze nigdy nie smakował mi tak bardzo wypalony papieros.
Po wielu latach (34), kiedy to piszę mogę się śmiać z siebie - nie palę już dwa lata i dwa miesiące!
Najtrudniejsze były dwa tygodnie po biegu. Tak zwane zakwasy dawały znać o sobie najbardziej przy chodzeniu po schodach. Komicznie musiało wyglądać schodzenie ze schodów w moim wykonaniu. Kiedy jednak zebrałem się w sobie zaopatrzony w podręcznik do nauki prawidłowego biegania dystansów - ruszyłem do lasu.
Bieganie po ścieżkach i leśnych duktach sprawiało mi największą frajdę. Urozmaicałem je wieloskokami, rzucaniem napotkanymi kamieniami, przeskakiwaniem przez naturalne przeszkody, podciąganiem się na gałęziach drzew. Czułem się wolnym, robiłem to, co chciałem i lubiłem - nikt mnie do niczego nie zmuszał. I co było w tym wszystkim dziwne i najciekawsze - ból odczuwany podczas treningu sprawiał mi przyjemność! I tak już zostało.
Nie przypuszczałem wtedy, że będzie to początek mojej przygody z biegami długodystansowymi.
Miałem oczywiście przerwy, najdłuższa wynosiła nawet kilkanaście lat, ale o tym w następnym blogu.
Przeważył nawyk, a raczej zamiłowanie do czynnego wypoczynku. Nawet w dzieciństwie najbardziej lubiłem lekcje wuefu, mimo że miałem je z bardzo wymagającym i ostro karcącym nauczycielem, pseudo "łysy". Ale to właśnie dzięki łysemu rozwinąłem się wszechstronnie i w konkurencjach lekkiej atletyki przeważnie nie miałem sobie równych w klasie. Jedynie w skoku wzwyż nie byłem w stanie przeskoczyć swojego niewielkiego zresztą wzrostu.
Szedłem właśnie do kościoła, kiedy na wprost mnie zatrzymał się autobus. Wyskoczyło z niego dwóch kumpli z firmy i wciągnęli mnie do środka. Jechali ekipą z zakładu pracy na tzw. masowy bieg do Wielenia. To był pierwszy bieg im. Józefa Nojiego, byłego olimpijczyka, biegacza długodystansowego pochodzącego z Pęckowa.
Dotychczas startowałem w spartakiadach szkolnych i powiatowych. Biegałem też rekreacyjnie i raczej okazjonalnie po pracy - po 12 - 20 kilometrów. Ale żeby wziąć udział w biegu długodystansowym na 21 km w upalny sierpniowy dzień?
Pozwolili mi tylko wziąć strój biegacza: popularne w tym okresie "pepegi", podkoszulek na ramiączkach w obowiązkowym w kolorze białym i spodenki gimnastyczne.
I ruszyliśmy w piątkę, bo tylu zawodników stanowiło zespół, by można było powalczyć o nagrodę dla najlepszej drużyny.
Upał był niemiłosierny, zawodników na starcie około setki a trasa wyłącznie asfaltowa w odkrytym terenie. Tylko miejscami można było znaleźć cień pod przydrożnymi drzewami. Zbawienne okazały się fontanny z węży strażackich.
Do połowy dystansu wytrzymałem niemalże z "marszu". Od 20-go kilometra zaczęły się marszobiegi. Przestałem kogokolwiek wyprzedzać; obejrzałem nawet plecy Pana Henryka Brauna z Poznania, który jak się potem okazało był najstarszym uczestnikiem biegu (biegał do 93. roku życia a zmarł mając 97 lat).
Do bramy stadionu ledwo się doczłapałem i tuż przed nią padłem ścięty przez gwałtowny skurcz obu łydek. Efekt braku przygotowania do takiego biegu, o rozsądku już nie wspomnę. Owszem, karetka z sanitariuszami pojawiła się prawie natychmiast, ale pojemniki z azotem były puste.
I właśnie w tym momencie zjawił się nade mną Pan Braun.
Siłą postawił mnie na obie nogi i rozkazał biec jeszcze 400m po bieżni stadionu aż do mety nie zważając na ból. Tak też zrobiłem. O bólu zapomniałem, gdy usłyszałem przez głośniki swoje nazwisko i brawa kibiców. Bieg ukończyłem i to nie na ostatnim miejscu. Wynik wprawdzie niezbyt rewelacyjny, bo 2:45:30, ale biorąc pod uwagę mój debiut - było zupełnie przyzwoicie. Nagrodą był ogromny dyplom z wypisanym imieniem i nazwiskiem oraz wynikiem biegu, proporczyk z herbem Wielenia oraz okolicznościowa plakietka, a na niej trasa biegu i pamiętna data: 3 sierpnia 1980 r. Po biegu jeszcze nigdy nie smakował mi tak bardzo wypalony papieros.
Po wielu latach (34), kiedy to piszę mogę się śmiać z siebie - nie palę już dwa lata i dwa miesiące!
Najtrudniejsze były dwa tygodnie po biegu. Tak zwane zakwasy dawały znać o sobie najbardziej przy chodzeniu po schodach. Komicznie musiało wyglądać schodzenie ze schodów w moim wykonaniu. Kiedy jednak zebrałem się w sobie zaopatrzony w podręcznik do nauki prawidłowego biegania dystansów - ruszyłem do lasu.
Bieganie po ścieżkach i leśnych duktach sprawiało mi największą frajdę. Urozmaicałem je wieloskokami, rzucaniem napotkanymi kamieniami, przeskakiwaniem przez naturalne przeszkody, podciąganiem się na gałęziach drzew. Czułem się wolnym, robiłem to, co chciałem i lubiłem - nikt mnie do niczego nie zmuszał. I co było w tym wszystkim dziwne i najciekawsze - ból odczuwany podczas treningu sprawiał mi przyjemność! I tak już zostało.
Nie przypuszczałem wtedy, że będzie to początek mojej przygody z biegami długodystansowymi.
Miałem oczywiście przerwy, najdłuższa wynosiła nawet kilkanaście lat, ale o tym w następnym blogu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)